sobota, 29 listopada 2014

4. Rozbici.



Wiatr dął z zawrotną prędkością i siłą, dmuchając w oczy padającym śniegiem. Mleczne chmury raziły w oczy, a temperatura sięgała kilkunastu stopni poniżej zera. Tea zacisnęła mocniej skostniałe palce na szaliku i z na wpół przymkniętymi powiekami próbowała przedrzeć się przez wichurę. Ulice były już puste, a na nią czekała nocna zmiana w Margot. Właściwie to cieszyła się na nią. Pracując w nocy pozbywała się szansy na kolejne godziny przewracania się w łóżku, walcząc o sen z pracującym na pełnych obrotach mózgiem, który podsuwał jej obrazy z przeszłości. A gdy następnego poranka wróci do domu po prostu padnie ze zmęczenia, nic jej się nie przyśni i nie spędzi dnia na rozpamiętywaniu.
Tak, to brzmiało jak dobry plan.
Skręciła w jedną z uliczek, będących drogą na skróty, w myślach układając sobie listę zamówień, które trzeba było złożyć w hurtowni w następnym tygodniu. I właśnie wymyślała wszelakie argumenty, przemawiające za tym, że Joni musi w końcu usiąść do papierkowej roboty, gdy kątem oka dostrzegła coś, co momentalnie przykuło jej uwagę.
Zatrzymała się i cofnęła o kilka kroków, zrównując się z wiszącym na murze plakatem. Targany przez silny wiatr papier odkleił się w kilku miejscach. Tea podeszła bliżej i zlustrowała poster załzawionymi od wiatru oczami. Uniosła spojrzenie, czując łamiący ból w klatce piersiowej, który wydostał się wraz z cichym stęknięciem przez jej spękane usta w postaci białego obłoczka.
Zapraszają na inaugurujący nowy sezon Pucharu Świata konkurs w Kuusamo. Najpierw drużynowy nocny, drugiego dnia indywidualny. Na starcie sześćdziesięciu siedmiu zawodników. Finlandię reprezentować będzie wyjątkowo dziewięciu zawodników. Asikainen. Larinto. Määttä. Niemi. A także Olli, Klinga, Moutka, rozpoczynający ostatni sezon w karierze Happonen.  I ostatni, który nie usiądzie na belce, ale z pewnością będzie niósł swoich kolegów na jak najdalsze metry. Koivuranta.
Wściekłość, jaka wezbrała w Tei wstąpiła na jej blade policzki i nagle rozgrzała skostniałe dłonie. Wbiła płonące spojrzenie w Jego uwiecznioną w locie sylwetkę i spokojną twarz, które zdobiły dzieło jakiegoś idioty, który najwyraźniej uznał, że umieszczenie Go na plakacie promującym konkursy będzie skutecznym chwytem marketingowym. Nie mogła na to patrzeć i nie chciała, aby inni to oglądali.
Jednym ruchem ręki oderwała chłodny, wilgotniejący papier i gniotąc go, wrzuciła do najbliższego śmietnika.
- Durnie! – Wrzasnęła w pustą przestrzeń, zatrzymując wszystkie łzy pod powiekami i ruszyła szybkim krokiem w stronę Margot.

* * *

- Na koszt firmy dla reprezentantów kraju.
Roześmiała się, gdy całą grupą westchnęli z rozmarzeniem jej imię i zaczęli rozpływać się nad jej cudownością i pięknymi dłońmi, gdy postawiła na ich stoliku tackę z kompletem kieliszków i największą butelką polskiej wódki. Muotka wzniósł dziękczynne modły do sufitu i chwycił ją za dłonie, obcałowując je z każdej strony.
- Anioł! Anioł, nie kobieta!
- Kooooooocham cię!
- Ja ciebie też, Lauri.
- A wyjdziesz za mnie?
- Nie, dziękuję.
Asikainen zrobił bardzo zawiedzioną minę, która szybko zniknęła z jego twarzy, gdy Ahonen bez ceregieli chwycił za butelkę i począł rozlewać alkohol do kieliszków.
- Lepiej pić, niż gadać. Zwłaszcza z wami.
- Muotka, czy ty aby czasem nie przeginasz?
Dopiero wtedy Olli oderwał swoje wargi od dłoni Tei i spojrzał na Anssiego ze znaczną rezerwą. Tea natomiast zerknęła na niego z rozbawieniem, choć jemu samemu w ogóle nie było do śmiechu. Wręcz przeciwnie. W napięciu przyglądał się jak Muotka, choć już nieco podpity, zasypuje Nevalainen komplementami i wciąż trzyma jej drobne dłonie. W dodatku robił to tak, jakby ściskał w rękach paczkę makaronu.
- Oho, chyba twój chłopak ma jakiś problem.
- Nie jakiś, tylko ciebie. – Odparł, zaciskając pod stołem pięści.
- Daj spokój, Anssi – mruknął Olli, uśmiechając się głupawo i całkowicie puszczając dłonie Tei. – Zamiast się boczyć, napij się z przyjaciółmi. Za dwa tygodnie zaczynamy sezon, jesteśmy mocni, team Suomi wraca do gry po medale!
Muotka wzburzył okrzyki reszty chłopaków, którzy wyciągnęli ręce przed siebie i stuknęli się w powietrzu kieliszkami, rozlewając nieco wódki na stół ku rozpaczy Lauriego. Anssi nieco niechętnie dołączył do toastu i opróżnił szkło z wręcz lodowatego alkoholu, który pozostawił przyjemne, lekko palące uczucie w przełyku. A potem chwycił Teę za rękę i przyciągnął do siebie, sadowiąc ją na swoim udzie.
- On jest po prostu miły – szepnęła mu do ucha, widząc jak zaciska szczęki i usta, a całe jego ciało jest dziwnie napięte.
- Nie chcę aby był dla ciebie miły. Chcę, aby pamiętał, że ma trzymać łapy przy sobie.
- Wiem, jak sobie z takimi radzić.
Zignorowała jego dziwne zachowanie wobec kolegi z drużyny. Nie chciała, aby jego zwykła zazdrość była powodem niesnasek, zwłaszcza teraz, przed rozpoczęciem nowego sezonu, gdy dobra atmosfera w zespole była bardzo ważna. Zarzuciła mu ramiona na szyję i aby go nieco rozluźnić, cmoknęła go w kącik ust.
- Uśmiechnij się – poprosiła cicho, tykając nosem policzek Anssiego. Poruszył się nerwowo, ale jego twarz wciąż skierowana była w stronę opowiadającego jakąś historię z życia Samiego. – Koivuranta, patrz na mnie, gdy do ciebie mówię. Hej! – Jednym ruchem dłoni obróciła jego twarz w swoją stronę. W oczach mieszał mu się strach z bezsilnością, a gdzieś głęboko tańczyły małe ogniki złości. Takiej zwykłej, męskiej, na którą nie miał wpływu. Nawet jeśli nie krył się z tym, że cholera go trafiała za każdym razem, gdy jakiś inny facet na nią patrzył. A Muotce spodobała się od pierwszego razu, gdy ją zobaczył. – W porządku?
- Nie jest w porządku, dopóki widzę, jak on na ciebie patrzy.
- Niech patrzy. – Wzruszyła ramionami, gładząc wierzchem dłoni jego policzek. – Tylko tyle może.
- Ale mnie krew zalewa…
- Musisz z tym żyć.
Jej spokój działał mu na nerwy, ale wiedział też, że ma rację. Ufał jej, ale nie ufał każdemu mężczyźnie, który pojawiał się w jej pobliżu. Dlatego czasem nie potrafił się powstrzymać, ale mimo wszystko kontrolował to. A przynajmniej starał się. Dla niej.
- To jak? Jest okej? – Spytała jeszcze raz i nieco mocniej zacisnęła palce na jego policzku, domagając się tym samym, aby patrzył jej w oczy, gdy będzie odpowiadał. Westchnął, ale kiwnął głową. – Uśmiech.
Jej imię wybrzmiało spomiędzy jego rozciągniętych warg. Mruknęła pod nosem ciche „idiota” i przytknęła do nich swoje usta. Zdawało się, że już nikt nie zwraca na nich uwagi, więc nie musieli się spieszyć. Zwłaszcza, ze ostatnio nie mieli dla siebie dużo czasu. Ciągłe treningi, obozy, wyjazdy, przygotowania do sezonu zdecydowanie naruszyły tę budowaną od kilku miesięcy relację. Całowała go powoli, pozostawiając sobie możliwość zaczerpnięcia powietrza, które pachniało jego perfumami zmieszanymi z alkoholem. Bez pośpiechu smakowała jego wargi, przepuszczając pomiędzy palcami jego włosy. I tylko w jednej chwili poczuła, że coś ją od niego odrywa. Nie odsuwając ust od Anssiego rozchyliła powieki. Ville natychmiast uciekł wzrokiem najpierw na stół, a potem na Ahonena, który właśnie wygłaszał najdłuższe zdanie w swoim życiu.
- Muszę wracać – wyszeptała w końcu, prosto w jego wargi. Mruknął w sprzeciwie, ale nie zatrzymywał jej, tylko po raz ostatni cmoknął jej usta i policzek i pozwolił jej wstać.
Sięgnęła po tackę i objęła chłopaków spojrzeniem.
- Czy panowie czegoś sobie jeszcze życzą?
- Tak. Ciebie. Na stole.
Tylko pokręciła głową, gdy Lauri zaczął przesuwać kieliszki i rzeczywiście robić jej miejsce na środku stolika. A potem spojrzała na Anssiego, który wskazał na Asikainena i ruchem warg podpisał przyjaciela jako „Wyjątek”, po czym zaczął machać rękoma wokół głowy. Trzepnęła go szmatką po ramieniu. Tyle razy prosiła, by nie śmiał się z jego niezbyt gęstej fryzury.
- A poza tym? – Spytała ponownie i sięgnęła po swój notesik. Obrzuciła wszystkich spojrzeniem, zatrzymując je na jednym z nich. – Ville? Coś potrzebujesz?
- Nie. Nie, dzięki. – Pokręcił głową z wyraźnym speszeniem, ale zdobył się na uśmiech.
- Siedzisz tak cicho, że omal cię nie zauważyłam. – Machnęła na niego długopisem, po czym życząc wszystkim udanej zabawy, obróciła się na pięcie i odeszła od stolika. I nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że zostawiła przy nim Jednego, który nie wierzył we własne szczęście, ale który gotów był zabić każdego, kto odważyłby się chociażby jej dotknąć. Drugiego, który tę odwagę posiadał. I Trzeciego, który zaciskając usta w ciszy znosił zdradę, której dopuścił się względem najlepszego przyjaciela.

* * *

Nie potrafiła uspokoić wzburzonych emocji, które ujście znajdowały w zbyt gwałtownych ruchach, rzucaniu szmatką i krzyku na Tero, nowego chłopaka od zmywaka i mopa. Czuła pod skórą wrzenie, które paliło ją od wewnątrz i doprowadzało do początkowej irytacji, powoli przekształcającej się w złość. Próbowała się uspokoić, ale nie potrafiła panować nad swoimi emocjami tak, jak kiedyś. Właściwie… nad niczym już nie miała kontroli. Nawet nad zwykłymi odruchami.
Dźwięk tłuczonego szkła przebił barierę muzyki i rozniósł się po dopiero zapełniającym się ludźmi klubie, przyciągając ich zaciekawione spojrzenia. Tea zaklęła siarczyście pod nosem i krzyknęła na Tero, po czym obiegła bar i przystanęła nad rozbitą w drobny mak szklanką. Przez chwilę tępo wpatrywała się w szkło i jedyne, na co miała ochotę to wbić w nie dłoń i porównać fizyczny ból z tym, który pulsował pod jej skórą i nie pozwalał normalnie funkcjonować. Nie musiała długo czekać na uruchomienie się wyobraźni, która podsunęła jej wizję pociętej dłoni, z której wypływała gorąca krew. Odruchowo zacisnęła palce lewej ręki, czując będący jedynie iluzją ból.
Dopiero pojawienie się Tero przywróciło jej trzeźwe myślenie.
- Sama to posprzątam.
Wyraźnie odetchnął z ulgą i pozostawił po sobie jedynie ruch wahadłowych drzwi, prowadzących na zaplecze. Tea czuła, jak bezradność naciska na jej ramiona, gdy kucała nad szkłem, walcząc z posuwającą się za daleko wyobraźnią. Chwyciła w palce największy odłamek szklanki i odrzucając go, westchnęła.
- Niezły bałagan.
Przez chwilę miała wrażenie, że się przesłyszała. Ale wtedy ujrzała przed sobą na podłodze parę męskich butów, których właściciel przysłonił jej światło. Niemożliwe… Powoli unosiła spojrzenie, rejestrując kolejne elementy ubioru tajemniczego osobnika. Czarne spodnie, jasna kurtka, kolorowa chustka… W końcu zadarła maksymalnie głowę i wstrzymała oddech, dostrzegając ciepły uśmiech i połyskujące spojrzenie.
- Ville.
Uśmiechnął się szerzej i przykucnął przy niej. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, nie wiedząc, co powiedzieć. Gdy widzieli się po raz ostatni, oboje przypominali tę rozbitą szklankę. Całkowicie rozbici, niemożliwi do poskładania… Zniszczeni przez jedno machnięcie ręką losu.
- Słyszałem, że potrzebujesz pomocy. – Odezwał się pierwszy i nim dotarł do niej prawdziwy sens tych słów, chwycił leżącą obok zmiotkę i szufelkę.
- Słyszałeś? – Wydusiła w końcu, w zdumieniu przyglądając się, jak starannie zagarnia całe szkło. Podniósł na nią swoje spojrzenie i po raz kolejny jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. – Och, no tak.
- Jak zwykle bałaganisz. – Zaczął zupełnie zwyczajnie, nie przerywając sprzątania. – Czy ty się kiedyś tego oduczysz? No ale nie ma co, od sprzątania burdelu zawsze była tylko jedna osoba.
- Ville… Co ty tu robisz?
Westchnął, spoglądając na nią już bez tego uśmiechu, lecz wciąż z tym błyskiem w smutnych, lekko podkrążonych oczach.
- Nie odbierasz telefonów. Nie dajesz żadnych znaków życia. Martwiłem się o ciebie. – Wymienił, nie spuszczając z niej wzroku ani na moment, by dostrzegła tę malującą się w jego spojrzeniu troskę. Nie odpowiedziała; nie miała przygotowanego argumentu na wszystkie nieodebrane lub odrzucone połączenia od Larinto. Zamiast tego chwyciła jego wyciągniętą dłoń i wstała, zrównując się z nim spojrzeniem. – A poza tym, za tydzień zaczyna się sezon, głuptasie. Przyjechałbym do Kuusamo prędzej, czy później.
Nie odczuwała tego, jak za nim tęskniła, dopóki się nie zjawił. A teraz, gdy stał przed nią i obejmował ją pełnym zatroskania spojrzeniem czuła całą sobą, jak bardzo jej go brakowało. Bo to Ville. Po prostu. Byli w tym samym wieku, potrafili doskonale zrozumieć siebie nawzajem, choć tak bardzo się od siebie różnili. I był Jego najlepszym przyjacielem. Stracił prawie tyle, co ona.
- Tea, twoja ręka…
- Co?
Syknęła, gdy nieco za mocno złapał ją za nadgarstek, za co od razu ją przeprosił. Fala ciepła buchnęła w jej twarz, gdy ujrzała spływającą po przedramieniu stróżkę krwi. Zagryzła wargę, a Ville owinął jej dłoń swoją chustką i dociskając ją do rany, pociągnął ją na zaplecze, które tak doskonale znał.
- Unikasz mnie.
Uniosła głowę, wbijając bolesne, pełne poczucia winy spojrzenie w blondyna. Na jego twarzy nie pojawił się ani żal, ani smutek. W skupieniu osuszał papierowym ręcznikiem jej wilgotną skórę wokół niewielkiej rany z naturalną delikatnością i chirurgiczną precyzją.
- To nie tak…
- Za bardzo ci o nim przypominam.
Słowa opuszczały jego usta z taką łatwością, jakby właśnie dzielił się z nią prognozą pogody. Nawet na nią nie spojrzał, odkąd zamknęli się w pomieszczeniu dla personelu, aby oczyścić niewielkie rozcięcie. A teraz zachowywał stoicki spokój, mówiąc o rzeczach tak niebagatelnych.
- W porządku. Ja też wciąż uczę się z tym żyć. Teraz trochę zapiecze. – Gdy kilka kropel wody utlenionej spadło na jej ranę, zacisnęła mocno oczy i odwróciła głowę w drugą stronę. – Ostrzegałem. – Zaśmiał się. Bolało, ale to było nic, w porównaniu do cały czas zabliźniającego się całego jej ciała, na którym rany, choć niewidoczne, otwierały się wciąż na nowo. I nikt ani nic nie potrafiło ukoić tego bólu. Czas mijał, a ona wciąż nie czuła tej ulgi, towarzyszącej zanikającemu cierpieniu. Takiej jak ta, które pojawiła się, gdy Ville dmuchał na jej ranę, aby zmniejszyć ból.
- To miłe, że rozpoczęcie sezonu powróciło do Kuusamo, prawda?
Miała ochotę uderzyć go w głowę swoją sprawną ręką i krzyknąć, by przestał już gadać od rzeczy. Zamiast tego chwyciła go za podbródek i uniosła go, zrównując poziom ich twarzy.
- Co u ciebie?
Podniósł na nią spojrzenie swoich zielonych oczu, gdy po raz pierwszy zdecydowała się na jakiś pewniejszy ruch wobec niego. Wiedziała, że ją z góry przejrzał. Nie chciała rozmawiać o Anssim. Nie potrafiła.
- A co chcesz usłyszeć?
- Że dajesz radę.
Zamrugał gwałtownie, po czym spuścił spojrzenie na wciąż trzymaną w palcach drobną dłoń Tei. Chwycił wcześniej przygotowany bandaż i delikatnie zaczął nim ją owijać.
- Daję radę, Tea. A przynajmniej próbuję.
- Jak skoki?
- Szczerze?
Przytaknęła, na co delikatnie pokręcił głową, wykańczając opatrywanie. Odpowiedź była jednoznaczna.
- Nie zdziwię się, jeśli nawet Kazachowie prześcigną nas w tym sezonie. Wszyscy są w rozsypce, jakby każdy zapomniał jak się skacze. A przecież powinniśmy być potrójnie zmotywowani… - Rzucił zakrwawiony ręcznik do kosza i oparł się o stół, chowając twarz przed wpadającym przez małe okienko światłem. Westchnął bezsilnie. – Tea?
- Tak?
- Przyjdziesz? Na konkurs?
Zacisnęła usta, przypominając sobie plakat, zapraszający na zawody i zdała sobie sprawę, że takich jak tamten jeden, w mieście musiało być setki.
- Nie. – Pokręciła głowa. – Nie chcę brać udziału w tej szopce.
- Chłopaki za tobą tęsknią…
- Wiedzą, gdzie mnie szukać.
Odwróciła głowę w drugą stronę, gdy Ville znów stanął nad nią i jednym ruchem dłoni nakierował jej wzrok na siebie. Nerwowo przełknęła ślinę. Stał zdecydowanie za blisko, a to wywoływało w niej mieszane emocje. On nie chciałby, aby którykolwiek łamał dystans, zarezerwowany tylko i wyłącznie dla niego. Nawet, jeśli to był Ville.
- Przez cały ten czas niespecjalnie miałaś ochotę, aby chociaż odebrać telefon. – Przypomniał jej, spoglądając na nią łagodnie. – Nikt nie czuł się mile widziany.
- Ty przyszedłeś – szepnęła z wdzięcznością, czym wywołała na jego ustach blady uśmiech. Pokiwał głową, po czym wtulił twarz w jej włosy, gdy niespodziewanie zarzuciła mu ramiona na szyję. – Tak cholernie cieszę się, że to zrobiłeś.
Zacisnął powieki i stłumił ciche stęknięcie, gdy zaczęła drżeć w jego uścisku i kurczowo chwytać się jego bluzy. Z całych sił starał się nie ulec jej emocjom i uspokajająco gładził jej włosy. Chciał jej udowodnić, że naprawdę się trzyma; że jest silny i może na niego liczyć. Zawsze.
- Vil? – Szepnęła, owiewając ciepłym oddechem skórę na jego szyi. Spiął wszystkie mięśnie, odrzucając nagły przypływ uczuć, wywołany tą bliskością. - Mogę cię o coś prosić?
- Oczywiście.
- Nie zostawiaj mnie już samej, dobrze?
Przycisnęła mocniej policzek do jego piersi, zatracając się w jego uścisku tak bardzo, dopóki nie poczuła się choć odrobinę bezpieczniejsza. Przesunął dłoń na jej kark i delikatnie gładząc kciukiem pasma włosów, pokiwał głową.
- Nie zostawię.
Bo to było jedyne, co tak naprawdę chciał kiedykolwiek robić. Być przy niej i dla niej w tym najtrudniejszym dla nich obojga czasie. Nawet, jeśli wciąż paliła go ta sama żywa myśl, że, na Boga, nie powinien. Czuł się odpowiedzialny za wszystko, co Anssi kochał najbardziej. Nie darowałby mu, gdyby się nią nie zaopiekował... 
Nie darowałby mu, gdyby nie dotrzymał obietnicy. 

___________________


W taki oto sposób świętujemy pierwsze punkty w PŚ Anssiego! Żeby tylko w konkursach było tak dobrze, jak w kwali, ech.
Tym razem spokojnie i bez szaleństwa.
Mamy nowego głównego bohatera. Ville. Koleś był kompletnie tutaj niezamierzony i jeśli już miał się pojawić, to tylko w tle, ale jak to u mnie bywa, pewnego dnia obudziłam się z myślą, że BAM! Ville musi być i już. I jest.

 No, to tyle. Dzięki za każde dobre słowo. Jesteście niesamowite.